środa, 22 kwietnia 2026

"Ślady na śniegu", Wojciech Burger, recenzja.


Książki Wojciecha Burgera. To nie tylko bezczelne złodziejki czasu. To książki, których treść zostaje w człowieku na długo, zostawia ślady – może trochę jak te tytułowe – bo po zapoznaniu się z treścią wyrażenie „ślady na śniegu” przestaje kojarzyć się z czymś ulotnym. Wręcz przeciwnie. Bohaterka, która je pierwsza zobaczyła zapewne będzie wspominać tę chwilę do końca swoich dni.

Przede mną trudne zadanie (nie potknąć się nawet o najmniejszy spoiler, tu każda scena ma znaczenie), a z całego serca chcę Wam polecić, zwłaszcza o tej porze roku, bo akcja powieści toczy się tuż przed Sylwestrem. I bohaterowie, podobnie jak część z nas, marzy, by te dni były całe na biało. To akurat mogę zdradzić – wbrew prognozom ich marzenie się spełnia, na dodatek w trybie „uważaj, czego sobie życzysz”. Śnieg pada, pada i pada, zasypuje całą okolicę malowniczego zamku Gieższ, w którym to ma się odbyć zabawa sylwestrowa dla ówczesnej elity, partyjnej znaczy – rzecz się dzieje w czasach PRLu. Zima stulecia robi dokładnie to z czego zasłynęła – sprawia, że kraj zastyga w śnieżnej pułapce. Nie da się opuścić zamku w żaden sposób, a wielu chce, szczególnie po tym, gdy na zamkowym dziedzińcu odkryty zostaje tr*p. Korci by napisać „pojawia się”, bo człowieka nikt wcześniej nie widział, a tym bardziej nie znał. Przynajmniej każdy tak twierdzi. Motyw znany z klasycznych kryminałów, jakby duch Agaty Christie przez chwilę pokierował intencjami Autora. To wbrew pozorom komplement (ale też oczko dla wielbicieli gatunku, będą Państwo zadowoleni!). I w tym momencie też muszę sprostować: to nie do końca tak. Atmosfera, i owszem, zimowo – kominkowo - kocykowa, ale to wierzchołek góry lodowej. Na razie widzimy tylko to i być może nam się to podoba. Zapewniam, że Autor zabierze kocyk i duszkiem wypije naszą herbatkę, bo tam, dokąd zmierza opowieść, stanowczo nie będą nam potrzebne. Przyjdzie czytelnikom zanurkować po prawdę, a przewodnikiem będzie ślepiec.

To już nie jest metafora. Jeden z bohaterów jest niewidomy. Do tego bardzo charyzmatyczny, elokwentny i obdarzony ciekawym poczuciem humoru. Zanim pojawi się tr*p, zanim główny bohater, Robert – pracujący dla milicji rysownik zakocha się na amen w pięknej Mariko, zanim rozpocznie się śledztwo w sprawie (jak wyjdzie w praniu) m*rderstwa, pan Enkicki będzie raczył gości pewną opowieścią. W odcinkach, co wieczór lub w innych dogodnych momentach. Skradnie uwagę wszystkich gości, namiesza w głowach, wywoła lawinę pytań. Nic dziwnego, skoro opowieść to alternatywna historia początków ludzkości.

Zaskoczenie? Dla słuchających na pewno, bo wersja Enkickiego mocno kłóci się z tymi oswojonymi. Ani Darwin, ani Pismo Święte nie wspomina przecież o kosmitach. Ani o sumeryjskich bóstwach. Wymienione czynniki sprawiają, że słuchacze traktują opowieść jako bujdę na resorach, co wcale nie przeszkadza im domagać się więcej i więcej.

Nie ma prądu, kontaktu ze światem, wszyscy są podejrzani, włącznie ze snującym się po zamku upiorem. Atmosfera ciężka, kwaśne mleko. Robertowi wcale nie uśmiecha się wcielenie w rolę śledczego, ale sytuacja przybiera taki obrót, że mężczyzna zostaje do tego zmuszony. To konieczność, z którą się nie dyskutuje i wcale nie chodzi o wzorową postawę obywatelską. Konieczność przez wielkie K.

Finał. Odkrywamy, dlaczego wcześniej zabrano nam herbatkę. Żebyśmy się z wrażenia nie zakrztusili. Istnieje ryzyko zgrzeszenia niecenzuralnym słowem, do czego się przyznaję, chociaż… ja to czytałam drugi raz (!), wcześniej jakieś… no nie wiem, 10 lat temu? Zdawało mi się, że pamiętam doskonale, ale się okazało, że pewne szczegóły umknęły. A to jest tak jak wspomniałam na początku – każda scena, każdy szczegół ma znaczenie.

Autor na wstępie uprzedza, że opisane wydarzenia to fikcja. Wskazuje źródła inspiracji. Ale po odłożeniu książki właśnie te zapewnienie, zupełnie wbrew woli, wydaje się niewinnym kłamstewkiem pisarza.


"W poszukiwaniu straconego czasu", Marcel Proust, luźne refleksje.



Wczoraj skończyłam „W poszukiwaniu straconego czasu” i choć tego samego dnia postanowiłam strzelić sobie klina w postaci powieści ultra współczesnej, w dodatku z gatunku tych mocniejszych, bo skondensowany horror (o tej będzie kiedy indziej) i fakt, zadziałało jak orzeźwiający prysznic… ale dziś rano wszystko wróciło. Chęć napisania kilku zdań o tym co zaszło między moim beretem a treścią „W poszukiwaniu...”, jednocześnie mając wrażenie, że jestem na to za cienka w uszach, albo zwyczajnie nie znoszę takiej wylewności, jaka jest w tym przypadku konieczna. A moim zdaniem jest.

Poza tym na łamach książki autor sam przyznaje, że jego zamiarem jest celować prosto w duszę czytelnika, poobracać niewidzialnym. To wykracza poza podziw, poza klasyczne „łał, robi wrażenie”. I olśnienie przyszło do mnie na samym końcu. Czytałam z przyjemnością i cierpliwie. To wymagająca lektura, rzuciłam w kąt rozpraszacze (polecam, bo i sprawdziłam w trakcie czy faktycznie jest różnica. Jest. Zbyt dużo treści beret nie pomieści*, koncentracja szwankowała).

Szukając ciekawostek w sieci natknęłam się na liczne recenzje jedynie pierwszej części. I ładne, i zgrabne i wyrażające właśnie podziw nad stylem, klimatem… ale to tak jakby zrecenzować tylko pierwszy rozdział dowolnej powieści i solennie obiecać, że później, za jakiś czas przeczyta się całość. To ten przypadek, kiedy pojedynczy tom należy traktować jak rozdział. Koniec wieńczy dzieło, tam kryje się esencja, to tam czeka wspomniane olśnienie. Ale nie da się iść na łatwiznę – to znaczy, wiadomo,  nikt nie zabrania – przeczytać ostatnią część, ale bez znajomości wcześniejszych wydarzeń (tak sądzę) nic nie będzie miało sensu, żaden akapit. To będzie czysta pstrokacizna. Więc po co takie manewry? Dla szpanu? Bo mówi się, że to powieść, którą trzeba znać, wypada. Bzdura. Myślę, że jeśli komuś nie podejdzie, to będzie prawdziwa tortura, nie lektura**.

Nie nazwałabym tej lektury przygodą. Ani wycieczką. Kojarzy mi się z wejściem na jakąś niebotycznie wysoką wieżę widokową. Wchodzisz i odkrywasz, że wszystko co jest w środku – wszystko, każda cegła, każdy stopień, szczebel poręczy i ona sama – to dzieła sztuki. Dlatego nie zasuwasz na górę, bo wszystko zasługuje na uwagę i czas. Żeby zwiedzić ten obiekt, potrzebny jest czas. Bo nie będzie się wracać do rzeczywistości tą samą drogą, a windą błyskawiczną. Ile się napatrzysz po drodze, ile wchłoniesz, tyle twojego. Oczywiście celem jest taras widokowy i kiedy się już tam dotrze, kiedy podmuch wiatru uderzy w twarz, kiedy spojrzy się na panoramę, po horyzont, dopiero dociera, że żaden element w środku wieży nie został umieszony przypadkowo, że panorama jest tym samym co wnętrze. TYM SAMYM, ale widzianym z innej perspektywy. To jeden obraz, w skali mikro i makro. Gdyby nie wcześniej zamieszczone wskazówki, podpowiedzi, nie miałby człowiek bladego pojęcia na co dokładnie z tej góry patrzy, poza rozpoznaniem oczywistych kształtów. Ale dotarł schodami na górę i wie (a więc to tak!), że to nie jest taki całkiem zwykły las, a ten biały domek, ho, ho, tam to się działo, a w tamtym kościółku…

A potem wracasz. Błyskawiczną windą. W kilka sekund jesteś na dole, gdzie czekają znajomi. Pytają: jak było? Jak wrażenia? Potrafisz wydusić z siebie: „No… Łał.” Towarzystwo akceptuje twoją odpowiedź, po czym idziecie poszukać jakiejś knajpki z dobrym jedzeniem. Albo rozchodzicie się, każdy w swoją stronę, to bez znaczenia. I nawet ulga, że nikt nie zadaje dodatkowych pytań, bo wtedy trzeba by zarzucić nieśmiertelnym: „tego się nie da w trzech zdaniach” 😉

*, ** - rymowanki absolutnie niezamierzone, ale zostawiam, bo mi się podobają.

"Ślady na śniegu", Wojciech Burger, recenzja.

Książki Wojciecha Burgera. To nie tylko bezczelne złodziejki czasu. To książki, których treść zostaje w człowieku na długo, zostawia ślady –...