Książki Wojciecha Burgera. To nie tylko bezczelne złodziejki
czasu. To książki, których treść zostaje w człowieku na długo, zostawia ślady –
może trochę jak te tytułowe – bo po zapoznaniu się z treścią wyrażenie „ślady
na śniegu” przestaje kojarzyć się z czymś ulotnym. Wręcz przeciwnie. Bohaterka,
która je pierwsza zobaczyła zapewne będzie wspominać tę chwilę do końca swoich
dni.
Przede mną trudne zadanie (nie potknąć się nawet o
najmniejszy spoiler, tu każda scena ma znaczenie), a z całego serca chcę Wam
polecić, zwłaszcza o tej porze roku, bo akcja powieści toczy się tuż przed Sylwestrem.
I bohaterowie, podobnie jak część z nas, marzy, by te dni były całe na biało.
To akurat mogę zdradzić – wbrew prognozom ich marzenie się spełnia, na dodatek
w trybie „uważaj, czego sobie życzysz”. Śnieg pada, pada i pada, zasypuje całą
okolicę malowniczego zamku Gieższ, w którym to ma się odbyć zabawa sylwestrowa
dla ówczesnej elity, partyjnej znaczy – rzecz się dzieje w czasach PRLu. Zima
stulecia robi dokładnie to z czego zasłynęła – sprawia, że kraj zastyga w
śnieżnej pułapce. Nie da się opuścić zamku w żaden sposób, a wielu chce,
szczególnie po tym, gdy na zamkowym dziedzińcu odkryty zostaje tr*p. Korci by
napisać „pojawia się”, bo człowieka nikt wcześniej nie widział, a tym bardziej
nie znał. Przynajmniej każdy tak twierdzi. Motyw znany z klasycznych
kryminałów, jakby duch Agaty Christie przez chwilę pokierował intencjami
Autora. To wbrew pozorom komplement (ale też oczko dla wielbicieli gatunku,
będą Państwo zadowoleni!). I w tym momencie też muszę sprostować: to nie do
końca tak. Atmosfera, i owszem, zimowo – kominkowo - kocykowa, ale to
wierzchołek góry lodowej. Na razie widzimy tylko to i być może nam się to
podoba. Zapewniam, że Autor zabierze kocyk i duszkiem wypije naszą herbatkę, bo
tam, dokąd zmierza opowieść, stanowczo nie będą nam potrzebne. Przyjdzie
czytelnikom zanurkować po prawdę, a przewodnikiem będzie ślepiec.
To już nie jest metafora. Jeden z bohaterów jest niewidomy.
Do tego bardzo charyzmatyczny, elokwentny i obdarzony ciekawym poczuciem
humoru. Zanim pojawi się tr*p, zanim główny bohater, Robert – pracujący dla
milicji rysownik zakocha się na amen w pięknej Mariko, zanim rozpocznie się
śledztwo w sprawie (jak wyjdzie w praniu) m*rderstwa, pan Enkicki będzie raczył
gości pewną opowieścią. W odcinkach, co wieczór lub w innych dogodnych
momentach. Skradnie uwagę wszystkich gości, namiesza w głowach, wywoła lawinę
pytań. Nic dziwnego, skoro opowieść to alternatywna historia początków
ludzkości.
Zaskoczenie? Dla słuchających na pewno, bo wersja Enkickiego
mocno kłóci się z tymi oswojonymi. Ani Darwin, ani Pismo Święte nie wspomina
przecież o kosmitach. Ani o sumeryjskich bóstwach. Wymienione czynniki
sprawiają, że słuchacze traktują opowieść jako bujdę na resorach, co wcale nie
przeszkadza im domagać się więcej i więcej.
Nie ma prądu, kontaktu ze światem, wszyscy są podejrzani,
włącznie ze snującym się po zamku upiorem. Atmosfera ciężka, kwaśne mleko.
Robertowi wcale nie uśmiecha się wcielenie w rolę śledczego, ale sytuacja
przybiera taki obrót, że mężczyzna zostaje do tego zmuszony. To konieczność, z
którą się nie dyskutuje i wcale nie chodzi o wzorową postawę obywatelską.
Konieczność przez wielkie K.
Finał. Odkrywamy, dlaczego wcześniej zabrano nam herbatkę.
Żebyśmy się z wrażenia nie zakrztusili. Istnieje ryzyko zgrzeszenia niecenzuralnym
słowem, do czego się przyznaję, chociaż… ja to czytałam drugi raz (!),
wcześniej jakieś… no nie wiem, 10 lat temu? Zdawało mi się, że pamiętam
doskonale, ale się okazało, że pewne szczegóły umknęły. A to jest tak jak
wspomniałam na początku – każda scena, każdy szczegół ma znaczenie.
Autor na wstępie uprzedza, że opisane wydarzenia to fikcja.
Wskazuje źródła inspiracji. Ale po odłożeniu książki właśnie te zapewnienie,
zupełnie wbrew woli, wydaje się niewinnym kłamstewkiem pisarza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz