środa, 22 kwietnia 2026

"W poszukiwaniu straconego czasu", Marcel Proust, luźne refleksje.



Wczoraj skończyłam „W poszukiwaniu straconego czasu” i choć tego samego dnia postanowiłam strzelić sobie klina w postaci powieści ultra współczesnej, w dodatku z gatunku tych mocniejszych, bo skondensowany horror (o tej będzie kiedy indziej) i fakt, zadziałało jak orzeźwiający prysznic… ale dziś rano wszystko wróciło. Chęć napisania kilku zdań o tym co zaszło między moim beretem a treścią „W poszukiwaniu...”, jednocześnie mając wrażenie, że jestem na to za cienka w uszach, albo zwyczajnie nie znoszę takiej wylewności, jaka jest w tym przypadku konieczna. A moim zdaniem jest.

Poza tym na łamach książki autor sam przyznaje, że jego zamiarem jest celować prosto w duszę czytelnika, poobracać niewidzialnym. To wykracza poza podziw, poza klasyczne „łał, robi wrażenie”. I olśnienie przyszło do mnie na samym końcu. Czytałam z przyjemnością i cierpliwie. To wymagająca lektura, rzuciłam w kąt rozpraszacze (polecam, bo i sprawdziłam w trakcie czy faktycznie jest różnica. Jest. Zbyt dużo treści beret nie pomieści*, koncentracja szwankowała).

Szukając ciekawostek w sieci natknęłam się na liczne recenzje jedynie pierwszej części. I ładne, i zgrabne i wyrażające właśnie podziw nad stylem, klimatem… ale to tak jakby zrecenzować tylko pierwszy rozdział dowolnej powieści i solennie obiecać, że później, za jakiś czas przeczyta się całość. To ten przypadek, kiedy pojedynczy tom należy traktować jak rozdział. Koniec wieńczy dzieło, tam kryje się esencja, to tam czeka wspomniane olśnienie. Ale nie da się iść na łatwiznę – to znaczy, wiadomo,  nikt nie zabrania – przeczytać ostatnią część, ale bez znajomości wcześniejszych wydarzeń (tak sądzę) nic nie będzie miało sensu, żaden akapit. To będzie czysta pstrokacizna. Więc po co takie manewry? Dla szpanu? Bo mówi się, że to powieść, którą trzeba znać, wypada. Bzdura. Myślę, że jeśli komuś nie podejdzie, to będzie prawdziwa tortura, nie lektura**.

Nie nazwałabym tej lektury przygodą. Ani wycieczką. Kojarzy mi się z wejściem na jakąś niebotycznie wysoką wieżę widokową. Wchodzisz i odkrywasz, że wszystko co jest w środku – wszystko, każda cegła, każdy stopień, szczebel poręczy i ona sama – to dzieła sztuki. Dlatego nie zasuwasz na górę, bo wszystko zasługuje na uwagę i czas. Żeby zwiedzić ten obiekt, potrzebny jest czas. Bo nie będzie się wracać do rzeczywistości tą samą drogą, a windą błyskawiczną. Ile się napatrzysz po drodze, ile wchłoniesz, tyle twojego. Oczywiście celem jest taras widokowy i kiedy się już tam dotrze, kiedy podmuch wiatru uderzy w twarz, kiedy spojrzy się na panoramę, po horyzont, dopiero dociera, że żaden element w środku wieży nie został umieszony przypadkowo, że panorama jest tym samym co wnętrze. TYM SAMYM, ale widzianym z innej perspektywy. To jeden obraz, w skali mikro i makro. Gdyby nie wcześniej zamieszczone wskazówki, podpowiedzi, nie miałby człowiek bladego pojęcia na co dokładnie z tej góry patrzy, poza rozpoznaniem oczywistych kształtów. Ale dotarł schodami na górę i wie (a więc to tak!), że to nie jest taki całkiem zwykły las, a ten biały domek, ho, ho, tam to się działo, a w tamtym kościółku…

A potem wracasz. Błyskawiczną windą. W kilka sekund jesteś na dole, gdzie czekają znajomi. Pytają: jak było? Jak wrażenia? Potrafisz wydusić z siebie: „No… Łał.” Towarzystwo akceptuje twoją odpowiedź, po czym idziecie poszukać jakiejś knajpki z dobrym jedzeniem. Albo rozchodzicie się, każdy w swoją stronę, to bez znaczenia. I nawet ulga, że nikt nie zadaje dodatkowych pytań, bo wtedy trzeba by zarzucić nieśmiertelnym: „tego się nie da w trzech zdaniach” 😉

*, ** - rymowanki absolutnie niezamierzone, ale zostawiam, bo mi się podobają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Ślady na śniegu", Wojciech Burger, recenzja.

Książki Wojciecha Burgera. To nie tylko bezczelne złodziejki czasu. To książki, których treść zostaje w człowieku na długo, zostawia ślady –...