Wczoraj skończyłam „W poszukiwaniu straconego czasu” i choć tego
samego dnia postanowiłam strzelić sobie klina w postaci powieści ultra
współczesnej, w dodatku z gatunku tych mocniejszych, bo skondensowany horror (o
tej będzie kiedy indziej) i fakt, zadziałało jak orzeźwiający prysznic… ale
dziś rano wszystko wróciło. Chęć napisania kilku zdań o tym co zaszło między
moim beretem a treścią „W poszukiwaniu...”, jednocześnie mając wrażenie, że
jestem na to za cienka w uszach, albo zwyczajnie nie znoszę takiej wylewności,
jaka jest w tym przypadku konieczna. A moim zdaniem jest.
Poza tym na łamach książki autor sam przyznaje, że jego
zamiarem jest celować prosto w duszę czytelnika, poobracać niewidzialnym. To wykracza
poza podziw, poza klasyczne „łał, robi wrażenie”. I olśnienie przyszło do mnie
na samym końcu. Czytałam z przyjemnością i cierpliwie. To wymagająca lektura,
rzuciłam w kąt rozpraszacze (polecam, bo i sprawdziłam w trakcie czy faktycznie
jest różnica. Jest. Zbyt dużo treści beret nie pomieści*, koncentracja
szwankowała).
Szukając ciekawostek w sieci natknęłam się na liczne recenzje
jedynie pierwszej części. I ładne, i zgrabne i wyrażające właśnie podziw nad
stylem, klimatem… ale to tak jakby zrecenzować tylko pierwszy rozdział dowolnej
powieści i solennie obiecać, że później, za jakiś czas przeczyta się całość. To
ten przypadek, kiedy pojedynczy tom należy traktować jak rozdział. Koniec
wieńczy dzieło, tam kryje się esencja, to tam czeka wspomniane olśnienie. Ale
nie da się iść na łatwiznę – to znaczy, wiadomo, nikt nie zabrania – przeczytać ostatnią część,
ale bez znajomości wcześniejszych wydarzeń (tak sądzę) nic nie będzie miało
sensu, żaden akapit. To będzie czysta pstrokacizna. Więc po co takie manewry?
Dla szpanu? Bo mówi się, że to powieść, którą trzeba znać, wypada. Bzdura. Myślę,
że jeśli komuś nie podejdzie, to będzie prawdziwa tortura, nie lektura**.
Nie nazwałabym tej lektury przygodą. Ani wycieczką. Kojarzy
mi się z wejściem na jakąś niebotycznie wysoką wieżę widokową. Wchodzisz i
odkrywasz, że wszystko co jest w środku – wszystko, każda cegła, każdy stopień,
szczebel poręczy i ona sama – to dzieła sztuki. Dlatego nie zasuwasz na górę,
bo wszystko zasługuje na uwagę i czas. Żeby zwiedzić ten obiekt, potrzebny jest
czas. Bo nie będzie się wracać do rzeczywistości tą samą drogą, a windą
błyskawiczną. Ile się napatrzysz po drodze, ile wchłoniesz, tyle twojego.
Oczywiście celem jest taras widokowy i kiedy się już tam dotrze, kiedy podmuch
wiatru uderzy w twarz, kiedy spojrzy się na panoramę, po horyzont, dopiero
dociera, że żaden element w środku wieży nie został umieszony przypadkowo, że
panorama jest tym samym co wnętrze. TYM SAMYM, ale widzianym z innej
perspektywy. To jeden obraz, w skali mikro i makro. Gdyby nie wcześniej
zamieszczone wskazówki, podpowiedzi, nie miałby człowiek bladego pojęcia na co dokładnie
z tej góry patrzy, poza rozpoznaniem oczywistych kształtów. Ale dotarł schodami
na górę i wie (a więc to tak!), że to nie jest taki całkiem zwykły las, a ten
biały domek, ho, ho, tam to się działo, a w tamtym kościółku…
A potem wracasz. Błyskawiczną windą. W kilka sekund jesteś
na dole, gdzie czekają znajomi. Pytają: jak było? Jak wrażenia? Potrafisz
wydusić z siebie: „No… Łał.” Towarzystwo akceptuje twoją odpowiedź, po czym
idziecie poszukać jakiejś knajpki z dobrym jedzeniem. Albo rozchodzicie się,
każdy w swoją stronę, to bez znaczenia. I nawet ulga, że nikt nie zadaje
dodatkowych pytań, bo wtedy trzeba by zarzucić nieśmiertelnym: „tego się nie da
w trzech zdaniach” 😉
*, ** - rymowanki absolutnie niezamierzone, ale zostawiam,
bo mi się podobają.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz